Julian Tuwim

 

 

 

Brzózka kwietniowa

 

To nie liście i nie listki,
Nie listeczki jeszcze nawet -
To obłoczek przeźroczysty,
Pozłociście zielonawy.

Jeśli jest gdzieś leśne niebo,
On z leśnego nieba spłynął,
Śród ogrodu zdziwionego
Tuż nad ziemią się zatrzymał.

Ale żeby mógł zzielenieć,
Z brzozą się prawdziwą zmierzyć,
Ściemnieć, smugę traw ocienić -
- Nie, nie mogę w to uwierzyć.

 

 

 

***[To było tak...]

 

To było tak: w ciemności nocy
Z gałązki wylazł żywy pączek.
Rozklejał się, ptakami kwiląc;
O świcie - westchnął. To był początek.

Godzinę blisko się dokwiecał,
Leniwie drzemiąc w ciepłej wiośnie.
Ciągnęły go z lepkiego gniazdka
Kwieciste ptaki coraz głośniej.

Godzinę blisko się upierzał,
Barw upatrując po ogrodzie.
Wyciągał go z zawięzi miekkiej
Skrzydlaty wietrzyk coraz słodziej.

O, patrz, jak biją się o ciebie,
Złączone w jeden zgiełk pstrokaty:
Ptaki świergotem coraz tkliwszym,
Coraz żarliwszą wonią kwiaty!

Bezimiennego cię rozdwaja
W dwa cudy jedna twórcza siła,
I drży pod tobą niespokojna
Gałązka, która się powiła.

Wiec kto? wiec jak? Zawiało chłodem.
Czy ptak? czy kwiat? I gwar zamiera,
I rozpaczliwy strach istnienia,
W struchlałym sercu świata wzbiera.

Wtedy zerwałem go z gałęzi
Jak pierworodny owoc z drzewa:
I bardzo słodką wonią dyszy,
I bardzo smutne wiersze śpiewa.

 

 

 

Wiosna

 

Gromadę dziś się pochwali,

Pochwali się zbiegowisko

I miasto.

Na rynkach się stosy zapali

I buchnie wielkie ognisko,

I tłum na ulicę wylegnie

Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie

Świętować wiosnę w mieście,

Świętować jurne święto.

I Ciebie się pochwali,

Brzuchu w biodrach szerokich,

Niewiasto!

 

Zachybotało! -- Buchnęło - i płynie -

Szurają nóżki, kołyszą się biodra,

Gwar, gwar, gwar, chichoty,

Gwar, gwar, gwar, piski,

Wyglancowane dowcipkują pyski,

Wyległo miliard pstrokatej hołoty,

Szurają nóżki, kołyszą się biodra,

Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,

Suną tysiące rozwydrzonych par,

- A dalej! A dalej! A dalej!

W ciemne zieleńce, do alej,

Na ławce, psiekrwie, na trawce,

Naróbcie Polsce bachorów,

Wijcie się, psiekrwie, wijcie,

W szynkach narożnych pijcie,

Rozrzućcie więcej "kawalerskich chorób"!

A!! będą później ze wstydu się wiły

Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły,

Krzywych pędraków sromne nosicielki!

Gwałćcie! Poleci każda na kolację!

Na kolorowe wasze kamizelki,

Na papierowe wasze kołnierzyki!

Tłumie, bądź dziki!

Tłumie! Ty masz RACJĘ!!!

 

O, ty zbrodniarzu cudowny i prosty,

Elementarny, pierwotnie wspaniały!

Ty gnoju miasta tytanicznej krosty,

Tłumie, o Tłumie, Tłumie rozszalały!

Faluj, straszliwa maso, po ulicach,

Wracaj od rogu, śmiej się, wariuj, szalej!

Ciasno ci w zwartych, twardych kamienicach,

Przyj! Może pękną - i pójdziecie dalej!

 

Powietrza! Z swych zatęchłych i nudnych facjatek

Wyległ potwór porubczy! Hej, czternastolatki,

Będzie dziś z was korowód zasromanych matek,

Kwiatki moje niewinne! Jasne moje dziatki!

 

Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki,

Ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą!

Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki,

Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom!

 

Hej w dryndy! Do hotelów! Na wiedeński sznycel!

Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką!

Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel,

Niejedna taką widział, niejedna serdeńko...

 

A kiedy cię obejmą śliskie, drżące łapy

I młodej piersi chciwie, szybko szukać zaczną,

Gdy rozedmą się w żądzy nozdrza, tłuste chrapy,

Gdy ci kto pocznie szeptać pokusę łajdaczną -

 

- Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto!

Rodzicielko wspaniała! Samico nabrzękła!

Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą!

"Nie w stylu" będziesz - trwożna, wstydliwa, wylękła...

 

Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę

I rzuci się tłum cały w rui na ulicę!

Zośki ze szwalni i pralni, "Ignacze", Kamile!

I poczną sobą samców częstować samice!

 

Wiosna!!! Hajda - pęczniejcie! Trujcie się ze sromu!

Do szpitali gromadnie, tłuszczo rozwydrzona!

Do kloak swe bastrzęta ciskaj po kryjomu,

I znowu na ulicę, w jej chwytne ramiona!!!

 

Jeszcze! Jeszcze! I jeszcze! Zachłannie! Bezkreśnie!

Rodźcie, a jak najwięcej! Trzeba miasto silić!

Wyrywajcie bachorom języki boleśnie,

By, gdy je w dół wrzucicie nie mogły już kwilić!

 

Wszystko - wasze! Biodrami śmigajcie, udami!

Niech idzie tan lubieżnych podnieceń! Nie szkodzi!

- Och, sławię ja cię, tłumie, wzniosłymi słowami

I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi!

 

 

 

 

 

 

 

Poprzednia | Spis | Następna